Wspomnienia absolwentów II LO
- Bożenna Rapczyńska (Grybajtys)
- Celina Pietrewicz
- Grażyna Balczeniuk (Życzkowska)
- Grażyna Reszczyńska (Renkiewicz)
- Hanna Wysocka
- Ewa Żuchowska
- Marlena Jasińska (Jagłowska)
- Edyta Roszkowska-Kożuszek
- Brygida Aleksandrowicz (Żukowska)
- Artur Cichmiński
- Marek Ziarko
- Monika Predko
- Ewa Piech
- Michalina Cimochowska (Bargłowska) i Sylwester Cimochowski
- Krzysztof Snarski
- Robert Wagner
- Ania D.
- Urszula Musiał-Powierza
Artur Cichmiński
Trudne zadanie, tak wrócić do szkoły po tylu latach, przypomnieć sobie nie tylko ją, ale swoją młodość, tę niewinną, naiwną, beztrosko radosną, niezrozumiale smutną...
Minęło sporo lat, w końcu moja przygoda z II Liceum Ogólnokształcącym, gdzie wszystko można było w nim znaleźć, przypadła na okres iście przełomowy. Jakiś rok wcześniej zawiązano pakt przy Okrągłym Stole, a w Suwałkach szkoła z historią i charakterem ciężko oddychała na ulicy Przytorowej w ponurym budynku hotelu robotniczego. Mówienie o poczuciu dumy, przynależności do licealnej elity, a nawet ważnym kroku ewolucyjnym w życiu młodego człowieka, a związanego z edukacją średnioszkolną, w tym przypadku stawało się mocno naciąganym eufemizmem. Jeśli z czymś mi się wtedy kojarzyło II Liceum Ogólnokształcące w Suwałkach – to z peryferiami. Daleko od centrum, w nieprzesadnie brzydkim budynku, gdzieś na obrzeżach miasta, chociaż, uczciwie rzecz biorąc, wciąż w jego mocnych granicach. Szczęśliwie był tylko okres przejściowy i po półtora roku my – społeczność uczniowska i ciało pedagogiczne, a także pion administracyjny – wróciliśmy z tego zesłania do godnego swojej nazwy i przeznaczenia budynku na ulicy Kościuszki. W tym momencie byliśmy już dumni, pyszni i godni konkurencyjnej reprezentacji Liceum nr 1, uważanego w mieście Suwałki za najlepsze z najlepszych. Jedno trzeba dzisiaj powiedzieć, wstydu nie było, a w nowych-starych murach duch edukacji odczuwało się jakby donośniej, poważniej, doroślej.
Z tym, że nie samą nauką człowiek żyje, a właściwie to z nią był osobliwy problem. Wynikało to z różnych powodów, najczęściej jednak z wygodnego poczucia, że akurat interesują mnie zupełnie inne dziedziny, niż te wykładane w salach szkoły przy ulicy Kościuszki. O wiele lepiej przyswajalne było słuchanie muzyki i oglądanie filmów. Ten ostatni zresztą kierunek stał się później, i trwa do dzisiaj, bardzo przyjemną i nawet względnie intratną drogą zawodową. Wówczas danie uwagi czemukolwiek innemu, wynikającemu z wyznaczonego programu nauczania, wymagało od ucznia szkoły średniej ogromu poświęcenia, cierpliwości i wytrwałości. Łatwo nie było. Z całą pewnością. Nieskromnie muszę tu przyznać, że to, co mi pozwoliło przetrwać, to swoisty talent i artystyczne usposobienie nastolatka zło, towarzyszyła też autonomiczna ekspresja. Ta z kolei pozwalała na działalność satyryczną, kabaretową, estradową. Dość szybko ze szkolnego outsidera stałem się „gwiazdą” licealnych korytarzy, akademii i innych uroczystości, a apogeum kabaretowej kariery przypadło na głośne i donośne obchody 20-lecia szkoły. Wraz z paroma kolegami i pod reżyserską kuratelą profesora, chociaż bez naukowego tytułu, Pawłowskiego, stworzyliśmy niemal dwugodzinne show. Program rodem z kolorowego kalejdoskopu, gdzie wątki sentymentalne, dostojne, niemal poetyckie, mieszały się z nieskrępowaną swobodą, odrobiną nonszalancji i młodzieżowego gwiazdorstwa. Piękny, niezapomniany wieczór na scenie Urzędu Wojewódzkiego, ponieważ wtedy Suwałki były jeszcze stolicą województwa suwalskiego, a nie jak dzisiaj jedynie miastem powiatowym w województwie podlaskim. I komu to przeszkadzało? Nieważne, istotne jest to, że wszyscy, którzy pojawili się wtedy w smudze reflektorów punktowych, dali z siebie wszystko, i tak wtedy jak i dzisiaj możemy mówić o pełnym, wręcz brawurowym sukcesie. Dziękuję Ci, Zbyszku (Pawłowski), że mnie wtedy „wyleczyłeś” ze szkoły aktorskiej... W końcu zdawałem bezskutecznie na reżyserię, a dzisiaj jestem krytykiem filmowym. Nie narzekam, za to wspomnienie serię, a dzisiaj jestem piękne i kolorowe. Przy okazji pozdrawiam inne naturalne talenty, jak wciąż jest piękne i kolorowe. Błażej, Bożena, w tym wokalne: Ania, Beata, Wojtek... Wybaczcie Ci, których imion nie pamiętam, ale wobec wszystkich chylę czoło nisko.
Co by nie mówić o moim Liceum, pamięć o którym zacierają kolejne lata, dzisiaj, kiedy odwiedzam rodzinne miasto i przejeżdżam lub przechodzę w jego sąsiedztwie, ta struna wspomnień zawsze drży intensywnie, ciepło ogarnia klatkę piersiową, a uśmiech pojawia się na nie zawsze ogolonej twarzy. To część życia, ważny próg w przekroczeniu pewnego etapu, brama otwierająca na przyszłość, nieznaną, acz fascynującą. A szkoła, jaka by nie była, to zawsze odrobina stresu, potu i łez połączona z radosną inicjacją, odwagą decyzji i śmiałością konsekwencji. To już w człowieku zostaje, na zawsze. Dziękuję z całego serca.
Artur Cichmiński matura 1992