Wspomnienia absolwentów II LO
- Bożenna Rapczyńska (Grybajtys)
- Celina Pietrewicz
- Grażyna Balczeniuk (Życzkowska)
- Grażyna Reszczyńska (Renkiewicz)
- Hanna Wysocka
- Ewa Żuchowska
- Marlena Jasińska (Jagłowska)
- Edyta Roszkowska-Kożuszek
- Brygida Aleksandrowicz (Żukowska)
- Artur Cichmiński
- Marek Ziarko
- Monika Predko
- Ewa Piech
- Michalina Cimochowska (Bargłowska) i Sylwester Cimochowski
- Krzysztof Snarski
- Robert Wagner
- Ania D.
- Urszula Musiał-Powierza
Krzysztof Snarski
Wybór II LO nie był oczywisty ani planowany. Druga połowa lat 90. XX wieku to był czas, gdy do szkół trafiały osoby z tak zwanego „szczytu demograficznego” – rocznik 1982. Łatwo domyśleć się, że liczba osób kandydujących do szczytnego miana licealisty daleko przewyższała liczbę dostępnych miejsc. Niejednokrotnie przebitka była dwudziestokrotna.
Atoli jednakowoż trafiłem do II LO, do klasy humanistycznej. Podczas pierwszej lekcji okazało się, że jest to klasa wysoko sfeminizowana. Było nas dwóch: ja i kolega Tomasz Sawicki. Dwa dorodne rodzynki wśród żywiołu trzydziestu jeden niewiast. Naszą katorgę, w pewnym sensie – tak mi się wówczas wydawało – rozumiał wychowawca Zbigniew Pawłowski.
W naszej klasie było trzydzieścioro troje uczniów. Przeważnie z tak zwanych dobrych domów (dzieci adwokatów i badmintonistów, siostrzenice anglistek, potomstwo lokalnych artystów, zaprzyjaźnionych z mgr Pyczem). Klasa do zgranych raczej nie należała. Widoczny był podział na większe i mniejsze grupy i podgrupy, organizowane niekiedy okazjonalnie na potrzeby sprawdzianów. Prawdopodobnie dlatego pierwsza i, jak pamiętam, jedyna wycieczka poza województwo suwalskie miała miejsce dopiero w trzeciej klasie.
Oprócz uczniów, którzy do szkoły chodzą z tytułu wieku, społeczność licealną tworzą „nauczyciele”. Nie wiem, skąd wzięła się moda na nazywanie grona pedagogicznego profesorstwem. Prawdą jest, że była to zauważalna zmiana jakościowa. Kilkoro z nich rzeczywiście starało się pokazać klasę, pewien typ manier okołoakademickich, mistrzowski sznyt. Ci zostali w mojej pamięci. Pozostali – raczej tylko jako tło zajmowanych klas.
Pan od fizyki – Miller. Skarbnica wiedzy i głębia mądrości. Pierwszym zdaniem, jakie utrwaliło mi się w pamięci, były jego słowa: „Wiodącym przedmiotem w klasie humanistycznej jest fizyka”. Oczywisty strach, wynikający z mojej nieznajomości materiału, podczas lekcji skutecznie podtrzymywany był baczną obserwacją, jak pan od fizyki dokładnie, wręcz pedantycznie ściera tablicę na początku lekcji. Nic więcej z tych lekcji nie pamiętam. Chociaż, co nie zdarzało się u innych nauczycieli, pan Miller potrafił wejść na inny poziom w nauczaniu nas. Zaimponował mi, gdy kilka razy podczas całej edukacji powiedział: „W tym momencie ludzie doszli do porozumienia, i mnie również nie wolno tego nie uznać...” Te słowa sprawiały wrażenie, że on też skrywa duszę naukowca, który wie więcej. Nie potrafię tego opisać wprost. Poczucie szacunku dla tego pana pozostało.
Pan od muzyki – Ignacy Ołów. Tak się złożyło, że w 1996 roku byłem w gronie założycielskim Suwalskiego Chóru Kameralnego. Ignacy Ołów natomiast prowadził z sukcesami chór licealny, wówczas jeszcze pod nazwą Cantylena. Szybko znaleźliśmy wspólny język. Język muzyki. Na lekcjach dobierał muzykę do nastroju własnego i naszego. Sięgał po libretta oper narodowych, uczył poprawnego wykonania wszystkich zwrotek Bogurodzicy. Był taki czas, kiedy I [klasa] Ołów nosił czarny błyszczący płaszcz typu prochowiec. Ów płaszcz, nałożony na ciemny garnitur, wywoływał demoniczne wrażenie.
Bardzo trwały i wielopłaszczyznowo wspominany wizerunek pozostawiła w mej pamięci osoba anglistki – Anny Dojnikowskiej. Powiedzieć, że wypłynęliśmy na szerokie wody w poznawaniu języka angielskiego, to jakby nic nie powiedzieć. Jej sława i skuteczność daleko wyprzedzały jej kroki. Jej opowieści o tym, jak to studiowała w Wielkiej Brytanii, połączone z starannym doborem słów w języku polskim, a także swoistym nietuzinkowym stylem ubierania się, stawiały mnie nieustannie w roli onieśmielonego z tytułu niewiedzy dziecka, skazanego na łaskę i niełaskę nauczycielki. Ów styl noszenia się był bardzo zauważany i szeroko komentowany. Krótko ścięte, farbowane na czarno włosy, umalowana prawie na biało twarz, krwistoczerwone usta i paznokcie, biały żakiet, czarna, krótka (do kolana) spódnica, białe rajstopy i czarne lakierowane buty. Normalnie szok. Demi Moore z filmów Niemoralna propozycja lub Ludzie honoru.
Wychowawcą naszej klasy „C” był Zbigniew Pawłowski. Elegancki pan, z manierami. Troszkę z wyglądu przypominający subiekta, który z opuszczonymi na nosie okularami i rękami splecionymi za plecami, codziennie, w ten sam sposób szlifował korytarze. Inteligentny i sprytny jednocześnie. Potrafił i lubił podobać się dziewczynom. Potrafił także zyskać sympatię chłopaków. Dyskretnie wyznaczał granice w naszych relacjach i bezpiecznie ich bronił. Świadomie używał barwy głosu i tembru, by w teatralny sposób porywać nas, do poznania tych, co mają zachwycać, choć wcale nie zachwycają. Aktor.
Matura wraz z poprzedzającą ją studniówką AD 2001 to był magiczny czas czwartej klasy. Każdy solidnie budował swój „wizerunek sceniczny” w szkole. Mnie, z tytułu słusznych rozmiarów, przypadł zaszczyt reprezentowania szkoły w poczcie sztandarowym. Byłem taki jak mój tata. Nosiłem sztandar, reprezentowałem szkołę, byłem widoczny. Wszystkie imprezy z pocztem udawały się. Ani razu nie daliśmy plamy. Ponieważ bardzo dobrze słyszę, nie było problemów z wyznaczeniem odpowiedniej prędkości i rytmu przemarszu pocztu sztandarowego. Jedyny zgrzyt, który pojawił się w dostojnej melodii tamtej historii to wyczuwalna niechęć wychowawcy, by wpisał na świadectwie maturalnym fakt mego uczestnictwa w poczcie sztandarowym.
Wydarzenia inne? Przez cztery lata wszyscy zbieraliśmy rozmaite licealne doświadczenia. Większość z nich stanowiła niejako wypadkową emocji i zaangażowania. Jednakże było jedno, które zapadło mi w pamięci z racji swojej nieprawdopodobności. Między zakończeniem czwartej klasy a maturą było kilka dni przerwy. W tym czasie wszyscy przygotowywaliśmy się do matury, a część pomieszczeń była remontowana. Z panem konserwatorem Wackiem i jego młodszym pomocnikiem miałem bardzo dobry kontakt. Pewnego razu dowiedziałem się, że szkoła ma się pozbyć z pokoju nauczycielskiego dość dużego regału, zawierającego szesnaście zamykanych na klucz kwadratowych szafeczek. Razem z konserwatorem uznaliśmy, że mógłbym ten mebel zabrać, po uprzedniej wpłacie do kasy szkoły dwudziestu złotych. Kasjerka początkowo była nieufna, ale gotówkę przyjęła, a pokwitowanie wypisała. Umówionego dnia pożyczyłem od mego taty nasze auto – poloneza, założyłem na dach bagażnik i podjechałem pod bramę od ul. Kościuszki. Niczym w konspiracji, konserwator otworzył bramę. Wjechałem na dziedziniec pod drzwi jego pracowni. Z trudem wydobyliśmy ten przeraźliwie ciężki mebel na zewnątrz i z pomocą asystenta konserwatora wrzuciliśmy regał na dach poloneza. Przeliczyliśmy się jednak nieco z wymiarami. Okazało się, że nie tak łatwo wyjechać placu szkolnego samochodem, poza którego obrys wystawała z czterech stron wielka szafa. Jakby tego było mało, na chodniku przy przystanku MPK na ul. Kościuszki zatrzymał się i dość długo stał patrol policji. Bezcennym był widok pani w sekretariacie, gdyśmy we dwóch – ja i konserwator – prosili ją o wystawienie zezwolenia na wywóz własności szkoły w postaci mebla, poza jej terytorium. Udało się, i choć to drobiazg, mało istotny z perspektywy mijających dwudziestu jeden lat, to bardzo miło wspominam tę „możliwość w niemożliwości”.
Podsumowując te wspomnienia, pamiętam, że z każdym rokiem bledną kontury klas i korytarzy, płytki pcv już dawno zamieniono na gres, czarny kolor oczu pani od geografii zyskał atrybut absolutności. Głowy kolegów i koleżanek z ławy zostały przyprószone – jak i moja – srebrnym pyłem. Ich imiona też nie są już tak pewne, jak kiedyś. Do końca życia pozostaną w pamięci, a może bardziej urosną do wartości mitycznych, kolory i zapachy kwiatów na dziedzińcu, magiczna dziura w pomniku patrona szkoły, owidiańska stopa daktyliczna wiecznie uśmiechniętej pani Marii Pawłowskiej... In nova fert animus mutatas dicere formas...
Krzysztof Snarski matura 2001