Wspomnienia absolwentów II LO
- Bożenna Rapczyńska (Grybajtys)
- Celina Pietrewicz
- Grażyna Balczeniuk (Życzkowska)
- Grażyna Reszczyńska (Renkiewicz)
- Hanna Wysocka
- Ewa Żuchowska
- Marlena Jasińska (Jagłowska)
- Edyta Roszkowska-Kożuszek
- Brygida Aleksandrowicz (Żukowska)
- Artur Cichmiński
- Marek Ziarko
- Monika Predko
- Ewa Piech
- Michalina Cimochowska (Bargłowska) i Sylwester Cimochowski
- Krzysztof Snarski
- Robert Wagner
- Ania D.
- Urszula Musiał-Powierza
Ewa Piech
Chórzystki w Angers
Przyzwyczailiśmy się do tego, że żeński chór szkolny a cappella prowadzony przez pana Ignacego Ołowia przywoził do szkoły najwyższe trofea z każdego konkursu w Polsce. Chór uświetniał wszystkie uroczystości szkolne, ale także miejskie. Był tak sławny, że zapraszano go na występy wyjazdowe, małe tournée, również zagraniczne.
W 2003 roku chórzystki wraz ze swoim dyrygentem zostały zaproszone na występy do Francji, do Angers, miasta, w którym była dość prężnie działająca społeczność polonijna. Występy odbywały się w różnych miejscach regionu, gdzie żyli i działali Polacy. Dziewczęta śpiewały nie tylko przed społecznością polską, także przed francuską. Zdarzało się, że chórzystki miały po dwa koncerty dziennie. Jednak nie narzekały na zmęczenie, cieszyły się, że ich występy podobały się wszystkim. Była to również olbrzymia radość dla mnie, gdyż towarzyszyłam im jako tłumaczka i opiekunka zarazem i widziałam reakcję słuchaczy. Wszystkie koncerty wywierały na mnie ogromne wrażenie, ale jeden szczególnie utkwił mi w pamięci.
Był upalny, czerwcowy dzień. Powietrze było ciężkie i gęste, a niebo, choć bez najmniejszej chmurki, zdawało się wisieć tuż nad naszymi głowami. Słońce sypało niemiłosierny żar. Stare, kamienne schody prowadzące wysoko do katedry w Angers rozgrzane słońcem wzmagały jeszcze uczucie gorąca. Wspinaliśmy się po nich, próbując słuchać słów przewodnika, a w rzeczywistości marząc skrycie, by uciec wreszcie od duchoty popołudnia i schronić się w chłodnym wnętrzu murów katedry. Gdy w końcu weszliśmy do środka, z ulgą powitaliśmy cudowny chłód monumentalnej budowli. Kontrast jasnego dnia ze powitym w mroku wnętrzem katedry spowodował, że w pierwszej chwili nie mogliśmy nic dojrzeć. Wzrok szybko jednak przyzwyczaił się do mroku i po chwili mogliśmy zobaczyć wspaniałość świątyni od wewnątrz.
Wysoka budowla ze wspaniałą rozetą z XV wieku tuż nad głównym wejściem, pięła się ku górze, ciągnąc za sobą nasz wzrok. Olbrzymie gotyckie łuki zbiegały się u szczytu w jednym punkcie, tworząc typowe dla gotyku sklepienie żebrowe. Między nimi – kamienne rzeźby, stare obrazy sakralne i w samym centrum ogromny, kamienny ołtarz, który można było obejść dookoła. Wnętrze katedry było dość surowe, ale jej ogrom i majestat, a także przepięknie rzeźbiony, malowany na drewnie ołtarz autorstwa Beaussanta onieśmielały swą wyniosłością. Wchodząc do środka, dziewczyny aż westchnęły z zachwytu i z... chęci zaśpiewania w tym miejscu! – Tu dopiero jest akustyka! – Tutaj dać koncert... – Ależ tutaj by było słychać...
Słyszałam ich słowa i widziałam w ich oczach pragnienie zaśpiewania w tym szczególnym miejscu. Jedna z dziewcząt podeszła do mnie i powiedziała: – Pani profesor, niech pani poprosi profesora, by pozwolił nam tu zaśpiewać. – Same go poproście – odpowiedziałam jej i kilku innym, które w międzyczasie zbliżyły się do nas. – Profesor nas nie posłucha – odrzekła ta pierwsza – bo wczoraj nie zaśpiewałyśmy w stołówce. – Bo jakimś dwóm – dodała druga – wczoraj nie chciało się śpiewać. A my nawet nie wiedziałyśmy, że w ogóle padła taka propozycja. – Pani profesor, tu tak pięknie by zabrzmiało „Gaude Mater...” – Jeśli profesor was nie posłucha, to dlaczego mnie miałby posłuchać? – spytałam. – Pani posłucha, na pewno! – zapewniały gorąco jedna przez drugą. – A jak nie, to same zaśpiewamy – dorzuciła porywczo któraś – Ale bez profesora to nie to samo... – Spróbuję go poprosić – powiedziałam nie do końca przekonana, czy cokolwiek wskóram – Ale tu taki hałas... – dodałam jeszcze.
Rzeczywiście, w katedrze panował nietypowy hałas. Były tam prowadzone prace remontowe i w różnych miejscach słychać było odgłosy uderzeń młota, piły elektrycznej, czy jakiegoś innego narzędzia... Ponadto organista właśnie stroił organy, co zagłuszało nawet nasze słowa. No i wreszcie, w katedrze było pełno ludzi, zagranicznych turystów oprowadzanych przez przewodników, którzy w różnych językach przekrzykiwali panujące wewnątrz hałasy.
Zdarzały się jednak chwile, gdy te hałasy słabły lub nawet całkowicie milkły, na moment. Organista przerywał nagle strojenie instrumentu, młot przestawał uderzać, piła milkła, a przewodnicy instynktownie ściszali głosy, jakby zdumieni nagłą ciszą. Pomyślałam, że w takim momencie dziewczyny mogłyby zacząć śpiewać i już nikt nie ośmieliłby się im przerwać. Podeszłam więc do Ignacego. Siedział w ławce i kontemplował ołtarz. W głębi duszy czułam, że on również czuł podobnie, i tak jak jego podopieczne chciał, aby zaśpiewały w tym miejscu. Jednak, gdy mu to zaproponowałam, odpowiedział przekornie (może bardziej „dla zasady”, niż z przekonaniem): – W takim hałasie? – Wystarczy tylko, że na chwilę ustaną te hałasy – ciągnęłam – dziewczyny się ustawią, poczekacie na moment, aż organista przestanie grać i wskoczycie z pierwszym dźwiękiem, a wtedy już nikt vam nie przerwie... – To niech się ustawiają – powiedział, a dziewczynom nie trzeba było tego powtarzać. Wystarczyło, że na nie spojrzałam i się uśmiechnęłam, natychmiast ustawiły się przed centralnym ołtarzem. To trwało może kilka sekund, bo każda z nich doskonale znała swoje miejsce w rzędzie.
To niezwykłe zamieszanie przed ołtarzem zwróciło uwagę niektórych turystów i wzbudziło ich zainteresowanie, gdyż na chwilę zatrzymali się przy nim. Tymczasem dziewczyny czekały na właściwy moment. Nadszedł szybciej, niż się spodziewałam. Na ułamek sekundy w kościele zrobiło się absolutnie cicho, jakby w tej samej chwili wszyscy nagle chcieli złapać oddech. Idealnie w tym momencie na znak swego dyrygenta dziewczyny zaintonowały „Gaude Mater, Polonia”.
Po pierwszych dwóch dźwiękach w kościele zapanowała cisza pełna zdumienia, jakiegoś nieokreślonego napięcia, podziwu... Nikt nie próbował nawet westchnąć, podczas gdy chórzystki wyśpiewywały kolejne dźwięki i słowa pieśni. „Gaude Mater, Polonia...” unosiło się coraz wyżej aż pod żebrowe sklepienie, odbijało się o gotyckie łuki gamą perfekcyjnych młodych głosów, wnikało w najgłębsze zakamarki i kamienie świątyni. Dźwięki idealnie czysto unosiły się w powietrzu, słowa wibrowały, wypełniając całą kubaturę świątyni. Oniemieli turyści coraz liczniej otaczali śpiewające chórzystki, dłuższą chwilę przyglądali się im w zachwycie, a potem nagle usłyszałam trzask fleszy aparatów fotograficznych. A one śpiewały niebiańsko, jak tylko w kościele można śpiewać taką pieśń, obojętne na otaczający je tłum, jakby nie były z tego świata. I choć ci wszyscy turyści prawdopodobnie w większości nie rozumieli słów, zostali porwani przez idealnie zgrane młodzieńcze głosy chóru a cappella z II LO w Suwałkach. I było to tym piękniejsze, że spontaniczne, pełne pasji i radości, bo właśnie radość je rozpierała.
Radość i duma malowały się również na twarzy Ignacego, choć początkowo starał się to ukryć. I mnie rozpierała radość, choć byłam tylko niemą słuchaczką niecodziennego koncertu tak, jak ci wszyscy obcy ludzie obok mnie.
To było niesamowite uczucie słyszeć słowa tej pieśni, gdzieś na drugim końcu Europy, w monumentalnej katedrze, gdzie może jedyny raz w jej historii młode dziewczyny wyśpiewywały łaciński tekst „Ciesz się, Matko Polsko”.
Dziewczyny skończyły śpiewać, ale jeszcze przez chwilę zdawało się, że ostatnie dźwięki wibrują w powietrzu. I chyba nie było to tylko moje wrażenie, ponieważ przez parę sekund nikt nie ośmielił się nawet szeptem zakłócić tej magicznej ciszy. Dopiero po chwili rozległy się brawa. Rzęsiste. A dziewczyny, szczęśliwe, wraz ze swoim dyrygentem kierowały się ku wyjściu. Ktoś w tym momencie otworzył drzwi katedry i snop jasnego światła dostał się do wnętrza, wyznaczając dziewczynom drogę ku wyjściu. Szły w tym słonecznym blasku, jak bohaterki jakiejś powieści, pełne radości i dumy, świadome wrażenia, jakie wywarły swoim śpiewem. Szły wśród szpaleru turystów ciągle je oklaskujących, gdy nagle z góry, spod sklepienia odezwał się monumentalnymi akordami Jan Sebastian Bach. To organista uderzył w klawisze organów, wydobywając z nich dźwięki fugi d-moll, jednego z najbardziej znanych utworów mistrza. To była jego replika w muzycznym dialogu rozpoczętym przez chórzystki.
Podobnego zdania była również Francette, Polka mieszkająca w Angers, niemówiąca co prawda po polsku, ale bardzo zaangażowana w działalność polskiej społeczności w tym mieście. Idąc obok, odezwała się do mnie: – Myślę, że to jest podziękowanie organisty, za ten niezwykły koncert. Gdy wyszliśmy z katedry, dziewczyny zostały otoczone przez tłum turystów. I jedno, główne pytanie padało z ust Japończyków, Amerykanów, Francuzów...: – Skąd jesteście? – Z Polski – odpowiadały dziewczyny.
Ewa Piech nauczyciel języka hiszpańskiego (1985-1987, 1995-2006)